Kolejny raz sięgam pamięcią do 2016 roku, który jakby nie patrzeć był w moim przypadku obfity w wypady eksploracyjne. To konkretne miejsce odwiedziłem w Święto Niepodległości tegoż właśnie roku. Zjechałem wówczas na króciutki urlop, ponieważ pracowałem za granicą i chciałem wykorzystać każdą możliwą okazję na przechadzkę z aparatem.
Na miejsce docieramy o dość przyzwoitej porze, parkujemy w ustronnym miejscu i pomimo mrozu raczej chętnie wyruszamy w dalszą drogę pieszo. W niedużej odległości dostrzegamy nasz dzisiejszy obiekt.

Z każdym kolejnym krokiem dostrzegamy, że budynek nie jest w dobrym stanie. Nie na tyle, żeby odpuścić sobie wejście do środka, ale nie widać żadnych szans na możliwość odratowania i remontu dworku.


Wchodzimy!
Jest tyle możliwości wejścia do budynku, że przez chwilę zastanawiamy się, które wejście wybrać. Wybór padł na wejście od strony wieżyczki, którą na drugim zdjęciu widzimy po lewej stronie.

Nie wybieramy jednak na początek frontowego wejścia, ale boczne, które prowadzi do piwnic.

W piwnicach jednak, oprócz ogromu wszelkiego rodzaju śmieci nie znalazło się nic ciekawego. Wychodzimy zatem innymi drzwiami i postanawiamy skierować się na wyższe kondygnacje.

Idziemy dalej
Już pierwsze pomieszczenie, do którego wchodzimy sugeruje nam, że dworek może nie do końca został opuszczony. Widoczny tu zestaw mebli raczej wskazuje na regularne posiadówki lokalsów. W sumie, na głowę tutaj nie napada, więc całkiem zrozumiałe.

Idąc dalej, na każdym kroku spotykamy ogromne ilości śmieci.

Pomiędzy tym i kolejnym pomieszczeniem ktoś wybił w ścianie osobliwe okienko. A w starym piecu kaflowym najwyraźniej prowadzono wnikliwe poszukiwania. Tylko czego?
Tutaj pozwolę sobie na odrobinę prywaty. Mam jakiś ogromny sentyment do tego malowania ścian, które tutaj widzimy. Może to za sprawą mojej prababci, która w swoim mieszkaniu również coś takiego posiadała. Jakiś czas temu odnalazłem nawet stare wałki, które służyły do wykonywania takich malowideł. Jest to raczej wątpliwa estetyka, ale zawsze jakoś ciepło o takich ścianach myślę.

W jednym z kolejnych pomieszczeń, oprócz standardowej sterty śmieci znalazło się coś, co nijak mi do tej scenerii nie pasuje.

W zasadzie czerwonych pojemników po wkładach do zniczy w całym obiekcie było całkiem sporo. Mam taką hipotezę, że miała tu pewnie miejsce jakaś ciekawa sesja halloweenowa, ale to tylko ze względu na brak lepszych pomysłów.
Kolejny raz trafiamy na pomieszczenie, w którym można sobie całkiem wygodnie posiedzieć.

A już chwilę później kolejny czerwony wkład znicza, tym razem również w oknie. Jakieś straszenie sąsiadów?

Totalne zniszczenie
Jeszcze przed dotarciem na miejsce uzgodniliśmy, że zapoznamy się z budynkiem w sposób drobiazgowy. Planowaliśmy zajrzeć w każdy kąt, na tyle – na ile to możliwe. Już z zewnątrz widzieliśmy, że budynek jest częściowo zawalony, ale nie myśleliśmy, że aż tak bardzo.
Na piętrze udało się znaleźć miejsce, gdzie jeszcze jakiś czas temu była spiralna klatka schodowa. Uwielbiam tego typu schody, więc z bólem serca oglądałem jedynie pozostały tutaj, ziejący w stropie otwór.

Nadzieja jednak podpowiadała, by przejść drzwiami, które widzicie na poprzednim zdjęciu. Chwilę potem została jednak całkowicie rozwiana. Jeśli przez otwór w murze widzisz coś takiego, to nie jest optymistyczna oznaka.

Czas zatem ostrożnie się wycofać. Dla pełnego obrazu sytuacji wrzucę Wam jeszcze nieco bardziej szczegółowe foto.

Zawijamy się. Nie ma co kombinować i dalej kusić losu.
Wypad oceniam jako całkiem przyjemny, nawet pomimo dość mroźnej aury. Wracamy jednak z poczuciem, że odwiedziliśmy ten obiekt zbyt późno.
Z drugiej jednak strony może lepiej zobaczyć zawalony budynek, niż akurat podczas tego zawalenia przebywać właśnie w środku. Bezpieczeństwo jednak jest ważniejsze.
